Święta Pamięć

 

I CZĘŚĆ

Mam na imię Marek, urodziłem się i żyję w Warszawie. Do prawdy nie wiem jak rozpocząć pisanie świadectwa o Pokutniku z Ojcowskiego Parku Narodowego, śp. Bracie Bogumile Marianie Adamczyku... w tym także o moim, dzięki Matce Bożej i świadectwu jego życia… nawróceniu. Nie mogę zostawić tylko dla siebie, mojej świętej pamięci o Bracie Bogumile, którą cały czas noszę w sercu. Zostawiam ją w formie tego mojego osobistego świadectwa. Dzielę się tym świadectwem i zostawiam dla kogoś, komu będzie ono w taki czy inny sposób potrzebne. Wszystko, co przeżyłem i dzisiaj mogę nazwać moją wewnętrzną przemianą duchową, rozpoczęło się w Sanktuarium Maryjnym w Górce Klasztornej. W tym najstarszym pod względem objawień Maryjnych w Polsce Sanktuarium, znalazłem miejsce i łaskę dla całego procesu mojego nawrócenia, czyli powrotu do Wiary w Kościele katolickim.

Rozpocznę moje świadectwo, sięgając pamięcią 20 lat wstecz, do roku 2002. Wtedy moja mama należała od wielu już lat do Apostolstwa Dobrej Śmierci (ADS). Centrala ADS mieści się właśnie w Górce Klasztornej. Pierwszy raz od mamy usłyszałem o Górce Klasztornej, gdzie jako Królowa Krajny, króluje Matka Boża Górecka. Kustoszami tego Sanktuarium są Misjonarze Świętej Rodziny (MSF). Ja mam nazwisko Górecki. Z tego względu bardzo zainteresowałem się tym miejscem oraz samym Apostolstwem Dobrej Śmierci. Początkowo szukałem tego Sanktuarium na mapie, jednak nie było to proste zadanie. Na żadnej mapie nie było miejscowości Górka Klasztorna. Pewnego razu jadąc do Połczyna Zdroju, gdy odwoziłem żonę do sanatorium, za miejscowością Wyrzysk zobaczyłem tablicę informacyjną „Górka Klasztorna Sanktuarium Maryjne.” Mówię sobie,  trzeba kiedyś tam wstąpić i zobaczyć, co tam jest. Później jadąc po żonę, wstąpiłem do Sanktuarium w Górce Klasztornej.  Wszedłem do Kościoła, gdzie moim oczom ukazała się w pełnej krasie, w ołtarzu głównym, postać MB Góreckiej z Dzieciątkiem. Nie zawsze obraz jest odsłonięty. Jednak kiedy pierwszy raz wszedłem, trafiłem na ten czas, kiedy cudowny obraz MB Góreckiej był odsłonięty.

Padłem na kolana i nie mogłem oderwać od Niej oczu. Coś wewnętrznie zaczęło się ze mną dziać, nie widziałem nic poza Nią i trwało to jakiś czas. Wtedy to zrozumiałem, że jest to moja Matka, nie rodzona tylko ta z Nieba, Matka Jezusa i Matka moja. Podniosłem się z kolan i poszedłem szukać punktu, gdzie znajduje się kancelaria ADS. Po drodze natknąłem się na starszego Księdza. Wtedy to jeszcze nie wiedziałem, że to Misjonarz Świętej Rodziny. Był nim śp. Ks. Piotr Żelichowski MSF, założyciel tutejszej Centrali ADS. On wskazał miejsce Centrali ADS i zaprowadził mnie do Kancelarii ADS. Za biurkiem siedziała bardzo miła pani. Po rozmowie z nią dowiedziałem się, że ma na imię Jadwiga i jest zelatorką ADS. Po dłuższej rozmowie, wyjaśniającej zasady działania Apostolstwa, zapisałem się do tej Wspólnoty. Był to wielki przełom w moim życiu. Pobyłem tam w Górce jakiś czas i później ruszyłem w dalszą drogę do Połczyna Zdroju, aby odebrać żonę z sanatorium w którym przebywała 3 tygodnie. Wracając z Połczyna, wstąpiliśmy jeszcze raz do Górki Klasztornej, aby zapisać moją żonę do ADS. Po powrocie do domu w Warszawie, zacząłem się zastanawiać nad swoim życiem. Dlaczego tak późno poznałem to miejsce? Dlaczego odsunąłem się od Boga, choć byłem wychowany w wierze katolickiej?

Nie minęły dwa miesiące kiedy znowu stanąłem przed obliczem MB Góreckiej, Pani Krajny. Wtedy poprosiłem jednego z Misjonarzy Świętej Rodziny, nie pamiętam, który to był, chociaż dzisiaj znam ich wielu. Poprosiłem o spowiedź świętą. Wyspowiadałem się z bardzo długiego okresu, podejrzewam, że z około 20 lat. Była to spowiedź nie w konfesjonale lecz w zakrystii. Pod jej koniec usłyszałem takie słowa: „usiądź przed lustrem i zastanów się kim jesteś i porozmawiaj sam ze sobą.” I tak pomału z człowieka „omijającego kościół” stałem się kimś zupełnie innym. Od tamtego czasu do Górki Klasztornej jeździłem kilka razy w ciągu roku. Tam też poznałem wspaniałych ludzi – Misjonarzy Świętej Rodziny. Niektórzy z nich byli na zagranicznych misjach i znali prawdziwe życie w ubóstwie duchowym ludzi z krajów misyjnych, którzy jako ochrzczeni żyli z powodu braku kapłanów, bez spowiednika, bez Kościoła i sakramentów świętych. Ks. Krzysztof – Madagaskar, Ks. Karol – Białoruś, Ks. Grzegorz – Ukraina. Oczywiście Ks. Piotr, a w późniejszym czasie Ks. Antoni – Dyrektor ADS, Ks. Bogusław – Dyrektor Ekipy Rekolekcyjno – Misyjnej MSF i wielu innych.

Przy mojej drugiej wizycie pani Jadzia wyjęła z szuflady różaniec mówiąc: „to jest różaniec zrobiony własnoręcznie przez Pustelnika Br. Bogumiła.” Ofiarowała mi go, prosząc, abym „nauczył się go odmawiać, a wszystko będzie dobrze.” Tak zaczęła się moja przygoda z Różańcem. Szło mi bardzo ciężko. Myliły się tajemnice, ale jak to mówią, „parłem do przodu” i było coraz to lepiej. Nigdy nie myślałem, że te kilka paciorków odmieni moje życie. Stawałem się przez Różaniec coraz to innym człowiekiem. Z biegiem czasu zacząłem nawet przyjeżdżać do Górki Klasztornej na spotkania opłatkowe ADS, później także na rekolekcje.

Po pewnym czasie pani Jadzia spytała mnie, czy nie chciał bym być zelatorem i utworzyć grupę modlitewną? Zgodziłem się nie wiedząc, jakie do końca wiążą się z tym obowiązki, względem członków grupy. Zabiegani warszawiacy zajęci są tak wieloma sprawami, że sprawy wiary i wieczności nie mają przebicia wśród wysiłków związanych z zarabianiem pieniędzy. Jedna z osób nawet powiedziała, że „nie myśli teraz o śmierci, bo na to ma jeszcze czas.” Ostatecznie grupę modlitewną ADS utworzyłem z rodziny i znajomych w miejscowości z której pochodzili moi rodzice. To chyba był mój wielki błąd. Jednak o tym w dalszej części mojego świadectwa. W prowadzeniu tej grupy pomagała mi pani Jadzia z Górki Klasztornej i zelatorka z Trzcianki, pani Zosia. Z panią Zosią utrzymuję kontakt do dziś.

Podczas rekolekcji w Górce Klasztornej słowo Boże głosił i rekolekcje prowadził śp. Ks. Krzysztof Pasieka MSF. On też na jednych z rekolekcji ADS na Śląsku, które prowadził, zasłabł i trafił do szpitala. Tam po kilku dniach zmarł. Przyczyną śmierci była choroba na którą zachorował podczas misji na Madagaskarze. Był to ogromny cios dla Apostolstwa Dobrej Śmierci i dla Misjonarzy Świętej Rodziny. Jako rekolekcjonista w Górce Klasztornej pojawił się także, na zaproszenie ówczesnego Dyrektora ADS, Pustelnik, a ściśle mówiąc Pokutnik, Br. Bogumił Marian Adamczyk o którym już wcześniej słyszałem i modliłem się na różańcu zrobionym przez niego. Nie miałem jednak okazji z nim się wcześniej spotkać.

Możliwość spotkania nadarzyła się w kwietniu 2005 roku, na rekolekcjach ADS. Spotkałem się z Bratem Bogumiłem dzięki uprzejmości pani Jadzi z kancelarii Apostolstwa. Właśnie tam Pani Jadzia mnie przedstawiła i porozmawialiśmy sobie. Była to dla mnie bardzo trudna rozmowa. Nigdy nie miałem możliwości rozmawiać z Pustelnikiem, nie wiedziałem jak się zachować, jak dobierać słowa. Jakoś się udało bez żadnej wpadki. Podczas tej rozmowy zapytałem, czy mógłbym odwiedzić Br. Bogumiła. Brat wyraził zgodę. Zapisałem adres i czekałem na stosowną okazję, a ta nadarzyła się dosyć szybko. W ciągu miesiąca od wizyty w Górce. Zięć poprosił mnie, abym go zawiózł do sanatorium do Buska Zdroju. Szybko się zgodziłem, bo była to okazja do odwiedzenia Brata w Białym Kościele pod Krakowem. Nie było to może po drodze, ale co tam… i pojechałem. Zięcia zostawiłem w sanatorium, a sam zameldowałem się w Białym Kościele (miejscowość na trasie z Krakowa do Olkusza), tereny Ojcowskiego Parku Narodowego. Miałem pewien problem ze znalezieniem domu Brata, ale „koniec języka za przewodnika” i  pierwsza napotkana osoba zapytana o Pustelnika, wskazała szukany adres. I tak dotarłem na miejsce.

 

II CZĘŚĆ

Stanąłem przed domem Brata i zadzwoniłem do drzwi. Nikt się nie pojawił. Postanowiłem sobie, będę czekał, kiedyś musi się pojawić Pustelnik. Przecież nie przyjechałem na próżno. Wsiadłem do samochodu i tak przeleciało około 2 godzin czekania. Po tym czasie słyszę jak otwierają się drzwi i wychodzi Brat. Przywitałem się z nim, przedstawiłem, powiedziałem skąd jestem i gdzie się spotkaliśmy. Zaprosił mnie do środka, rozmawialiśmy jakiś czas. Po rozmowie Brat zaproponował, abyśmy wsiedli do samochodu i pojechali do Ojcowskiego Parku Narodowego, gdzie była jego pustelnia i glinianka, dom w którym jest zameldowany.  Podróż nie była daleka, ale biegła taką drogą, jaką pierwszy raz w życiu jechałem. Do dzisiaj jest to droga stroma i wąska na której dwa samochody nie mogą się minąć. Praktycznie nie można tej drogi nawet nazwać drogą lecz  szlakiem w wąwozie wśród skał. Po dojechaniu na miejsce poszliśmy prosto do pustelni mijając domek zwany „glinianką”, gdy był z zewnątrz pokryty gliną aby przykryć drewniane bale. Pustelnia znajdowała się powyżej w skalnej grocie która to była ogrodzona drewnianym płotem. Po otwarciu furtki przy której stał potężny krzyż zobaczyłem przepiękną figurę Matki Bożej, cudnie wkomponowaną w skałę groty. Pod figurą paliły się znicze i świece. Podeszliśmy bliżej figury i odmówiliśmy Zdrowaś Maryjo, a wcześniej pod krzyżem Ojcze Nasz. Po lewej stronie od figury była pustelnia. Był to domek o trzech pomieszczeniach, zbudowany prawdopodobnie z drewna, które Brat dostał od pobliskich mieszkańców oraz tego co znalazł na terenie parku.

Pierwszym pomieszczeniem była sień, gdzie stały różne rzeczy. Najpotrzebniejsze w Brata gospodarstwie, jak ubrania, obuwie i wiele innych, podręcznych przedmiotów. Drugim pomieszczeniem do którego wchodziło się z sieni była izdebka mieszkalna. Tu stało łóżko, czyli prawdziwa trumna w której Pustelnik spał. Obok stał sekretarzyk razem z klęcznikiem na wprost okna za którym widoczna była figura Matki Bożej. Dalej stał stał piec kaflowy do ogrzewania pustelni i podgrzewania posiłków. Trzecim pomieszczeniem pustelni Brata Bogumiła była kaplica z ołtarzem. Było tu zamocowane tabernakulum, była mała ławeczka oraz szafa w której mieściły się naczynia i księgi liturgiczna oraz wszystkie potrzebne rzeczy do odprawiania Mszy świętej: ornat i alba dla kapłana odwiedzającego pustelnię oraz komża dla ministranta, którym był sam Brat Bogumił.

Wielkie wrażenie zrobił na mnie znajdujący się tam wór pokutny. Ten sam w którym Pustelnik chodził po całej Polsce głosząc wezwanie Matki Bożej: „Pokuty, Pokuty, Pokuty,” Te trzy słowa były napisane na worze. Nawiązywały bezpośrednio do nawoływania Matki Bożej w Fatimie. Wór pokutny zrobiony był z juty, takiej jak dawniej używano do robienia worków na zboże. Jednak juta wora pokutnego Brata była o wiele grubsza niż juta zwykłych worków zbożowych. Wór Brata posiadał długie rękawy, a długością sięgał do kostek. Wór pokutny ważył ponad 10 kg. Jak namókł, to sobie można tylko wyobrazić jaki mógł być jego ciężar. W kapicy było okno skierowane na furtkę i drogę prowadzącą do pustelni. Przepraszam że piszę w czasie przeszłym. Nadal to wszystko istnieje tylko Brata Pustelnika niema w śród nas.

Pustelnik, podczas moich pierwszych odwiedzin w Pustelni, bardzo dużo choć w krótkim czasie opowiedział mnie o tym miejscu. Opowiedział o zacnych gościach którzy go tu odwiedzili. Na przykład o Ojcu z grona Zakonu Franciszkanów, który to ze św. Ojcem Maksymilianem Kolbe był w Japonii. Ten Franciszkanin posadził w Pustelni orzech. Dowiedziałem się także o panu Franciszku Gajowniczku, którego to Maksymilian Maria Kolbe uchronił od śmierci w obozie Oświęcimskim, gdzie podjął w zamian za niego karę śmierci głodowej. To Franciszek Gajowniczek posadził przy pustelni modrzew.  Oba drzewa rosną do dziś dnia jako niemi świadkowie wielkości Pustelni Brata Bogumiła.

Zanim powstała pustelnia Brat spal w środku groty na stercie liści. Grota ma kilka metrów głębokości, a tam wewnątrz litej skały temperatura jest stała. Tak zimą podczas mrozów jak i latem podczas upałów wynosi 7 stopni Celsjusza. Przeszliśmy później do glinianki, którą Brat wybudował na starych fundamentach domu mieszkalnego, aby można było Brata tam zameldować. Co mogę powiedzieć o samej Pustelni? Warunki spartańskie, bez bieżącej wody po którą trzeba było chodzić do źródełka, bez ubikacji. Wychodek drewniany na zewnątrz. Ciepło z kuchni kaflowej, jeśli zebrało się odpowiednio wcześniej drewno na opał, porąbało je i wysuszyło. Tylko ktoś taki jak Pustelnik oddany w pełni życiu ascetycznemu, mógł wytrzymać takie warunki życia pełnego pokuty, modlitwy i pracy. Nie podejrzewam, ale jest to moje zdanie, aby dzisiaj ktoś z młodych ludzi odważył się mieszkać w takich warunkach, choćby jakiś czas. Pokazał mi Brat także wtedy studzienkę. Sam ją wykopał nad brzegiem rzeczki jaka nieopodal Pustelni przepływa. Ta rzeczka nosi nazwę Prądnik. Do studzienki wykopanej przez Brata woda spływa spod groty, spod Pustelni. Jest to prawdopodobnie źródełko z czystą, krystaliczną wodą. Można śmiało powiedzieć, że z cudowną wodą, bo wypływającą spod groty, gdzie jest Matka Boża Fatimska. Woda zdatna do spożycia przynosi ukojenie i dodaje sił witalnych.

Napisałem że MB Fatimska, bo obok figury maryjnej są umocowane trzy wycięte z metalu słowa: POKUTY – POKUTY – POKUTY. Te same, co na worze pokutnym. Po powrocie do Białego Kościoła pod koniec wizyty u Brata Pustelnika spytałem, czy mógłbym go jeszcze odwiedzić? Bardzo chciałem przywieźć tutaj żonę i zięcia, którego miałem odebrać za 3 tygodnie. Brat Bogumił  ku mojemu zadowoleniu wyraził zgodę. I tak się rozstaliśmy.

 

III CZĘŚĆ

Szybko minęły te trzy tygodnie i znów byłem u Brata w Białym kościele. Przyjechałem z żoną i zięciem którego odebraliśmy z sanatorium. Znów jazda wąwozem na dół do Prądnika, to nazwa wsi na granicy Ojcowskiego Parku Narodowego oraz nazwa rzeczki przy grocie. Żona była bardzo zafascynowana grotą ,pustelnią ,lepianką oraz całą przepiękną okolicą. Wizyta u Brata trwała kilka godzin i trzeba było wracać do Warszawy. Każdemu z nas Brat ofiarował po różańcu które sam robi. Każdy z tych różańców jest ofiarowany Matce Bożej i przez Nią uświęcany, a wygląda to tak. Brat nosi z sobą figurkę Matki Bożej z którą się nigdy nie rozstaje. Jest to figurka odzyskana ze śmietnika, gdzie leżała bardzo zniszczona. Brat poprosił franciszkańskich braci z Niepokalanowa, aby mu ją naprawili. Franciszkanie posrebrzyli figurkę. Nabrała blasku, a że była z metalu, to dała się pięknie posrebrzyć. Podczas robienia różańców Brat wyjmował ją i stawiał na stole. Każdy zrobionych przez Brata różaniec, był kładziony u stup Matki Bożej, z prośbą o poświęcenie i ofiarowanie Jej. Tak, że były one uświęcone. Figurka ta jak opowiadał Brat, uratowała cudownie wiele istnień ludzkich. Lecąc samolotem do Ziemi Świętej samolot wpadł w takie turbulencje, że wyłączył się jeden z dwóch silników i samolot stracił moc ciągu i zaczął pikować do dołu. Brat wtedy wyjął figurkę i zaczął się gorliwie modlić o uratowanie życia załogi i pasażerów Na pokładzie został ogłoszony alarm kolizyjny ,po kilkunastu sekundach spadania w dół silnik samoczynnie się uruchomił i odzyskał moc co uchroniło przed katastrofą. Tak działa wiara w modlitwę o ocalenie.

Wróćmy do pożegnania z Bratem. Nie chciałem z tego miejsca odjeżdżać, poprosiłem Brata, czy mógłbym go jeszcze odwiedzić. Poprosił mnie, że jak będę się do niego wybierał, to żebym przyciągnąć przyczepę. Zgodziłem się bez namysłu. Prośba ta wiązała się z tym, że Brat chciał zgromadzić opał na zimę i trzeba było przewieść. Więc należało się liczyć na trochę dłuższy pobyt w Białym Kościele z czego byłem ogromnie rad. Pierwszego dnia po przyjeździe, Brat pokazał mnie całe swoje gospodarstwo, warsztat w którym robił różańcowe paciorki. Było to pomieszczenie wolno stojące w którym stały obrabiarki, pamiętające pierwszą wojnę światową. Choć stare czasowo, to sprawne i dokładne. Były tam cztery tokarki. Trzy tokarki do drewna, każda z nich służyła do innej obróbki, a czwarta, to piła tarczowa specjalnie skonstruowana do cięcia długich i bardzo cienkich listew. W warsztacie tym stała figura św. Józefa. Wykonana była z drewna lipowego. Był też specjalny bęben do obtaczania paciorków w którym znajdowały się specjalne kamienie z Ziemi Świętej. Po obejrzeniu gospodarstwa pojechaliśmy do pana Marcina, aby się umówić, kiedy możemy przyjechać po trociny i kawałki drewna na ogień. Pan Marcin prowadził zakład stolarski i zawsze Bratu pomagał. W swoim zakładzie robił różańcowe krzyżyki. Posiadał specjalną do tego obrabiarkę. Umówiliśmy się, że będziemy za dwa dni. Po powrocie do Brata długo żeśmy rozmawiali i ustaliliśmy, że następnego dnia pojedziemy do Kalwarii Zebrzydowskiej, aby odprawić Drogę Krzyżową. Z samego rana pojechaliśmy na Mszę do Kościoła gdzie proboszczem był Ks. Marian, przyjaciel Brata po Mszy zaprosił nas na śniadanie, fantastyczną jajecznicę z wiejskich jajek. Chwilę porozmawialiśmy, mówiąc, że jedziemy do Kalwarii, to około 100 km.

Droga krzyżowa w Kalwarii Zebrzydowskiej. Był to wspaniały dzień i wielkie przeżycie. Brat tak ją prowadził, że czułem się tak, jakbym szedł za Jezusem i był tam w Jerozolimie. To było coś, czego nigdy nie doznałem i nie przeżyłem. Tego dnia właśnie zrozumiałem, że trafiłem na tego, który pokaże mnie prawdziwą duchowość i będzie moim przewodnikiem w wierze. Po powrocie do Białego Kościoła, Brat zostawił mnie w murowanym domu, którym się opiekował po śmierci właściciela. Tam mogli przebywać jego goście, którzy do niego przyjeżdżali i chcieli przenocować kiedyś ten dom służył dla pielgrzymów którzy szli na pielgrzymkę na Jasną Górę. Zostałem więc sam i zacząłem rozmyślać o sobie i o tym, co ja tu robię. Przed oddaleniem się Brat powiedział, żebym czuł się tu jak u siebie w domu, a spotkamy się rano i pójdziemy na Mszę świętą.

Brat w rygorystycznie przestrzeganym porządku dnia żył tak, jak Kameduła. Zostawił mnie po posiłku, po obiedzie o godzinie 14.00. Poszedł do swojej samotni na modlitwę. Kład się wcześniej spać, bo wstawał o 3,15 rano, by modlić się do godziny 6,00. W jego pustelni był klęcznik, stał on pod oknem z którego widać było kapliczkę zrobioną z białego piaskowca. W kapliczce była figurka Matki Bożej Niepokalanej. Wpatrzony w Niepokalaną, Brat klęczał prawie 3 godziny, odmawiając modlitwy i różaniec. Takie ranne wstawanie pozostało po tym jak był 3lata w zakonie kamedulskim na Krakowskich Bielanach. Ten kamedulski erem, razem z Bratem odwiedziliśmy. Tam pokazał mnie w podziemiach krypty grobowe, gdzie byli pochowani jego nauczyciel i przyjaciel.

Następnego dnia poranna Msza święta śniadanie i wizyta u pana Marcina po trociny i skrawki drewna. W ciągu tego dnia zrobiliśmy 3 kursy. Następnego dnia pojechaliśmy do pustelni, bo obok glinianki był składzik z drewnem, przykryty starym namiotem, aby nie zamakało drewno. Tym drewnem załadowaliśmy przyczepę i podróż pod górę do Białego Kościoła. Były razem dwa kursy. Bałem się trochę o mój samochód „skodę”, że może tego nie wytrzymać. Jednak Opatrzność Boża czuwała nad nami. Było to potrzebne, gdyż różnica wzniesień była tam spora, bo kąt nachylenia, to około 15 stopni na długości 1 km drogi. I tak jak poprzedniego dnia o godz. 14,00 rozłąka z Bratem.

 

IV CZĘŚĆ

Następny dzień rozpoczął się Mszą świętą, śniadaniem i porządkowaniem tego, co żeśmy nazwozili przez te dwa dni. Układanie drewna w komórce, chowanie worków z trocinami, aby nie zamokły. W między czasie przyszła do Brata sąsiadka z naprzeciwka, pani Bogusia. Przyniosła ciasto, które sama upiekła oraz obiad, mówiąc „widzę że Brat ma gościa i ciężko pracujecie, to na osłodę ciężkiej pracy ciasto, a obiad, bo na pewno nie będzie czasu na przygotowanie posiłku.” Była i jest to bardzo porządna i uczciwa kobieta żona i matka kilkorga dzieci, które to przychodziły do Brata w odwiedziny, a na urodziny i imieniny Brata przynosiły mu własnoręcznie zrobione laurki. Pani Bogusia opiekowała się gospodarstwem Brata kiedy on wyjeżdżał do Ziemi Świętej na pielgrzymki, gdyż był przewodnikiem po Ziemi Świętej. Bardzo dobrze znał kilka języków w tym Hebrajski, gdzie ukończył kurs w Jerozolimie. Łącznie przebywał w Ziemi Świętej licząc te wszystkie pielgrzymki kursy języka 11 lat. Trochę żeśmy porozmawiali z panią Bogusią, była ciekawa kim jestem i z skąd do Brata przyjechałem. Po rozmowie wzięliśmy się do dalszej pracy.  Niektóre z worków trzeba było wnieść do domu i tak poznałem dom Brata w Białym Kościele. Był to dom odziedziczony przez Brata w spadku po bezhabitowej zakonnicy, która w tym domu mieszkała. Brat nie posługiwał się pieniędzmi i nie mógł mieć nic własnego. Stąd ta darowizna została zawarta słownie i na papierze, ale nie w formie aktu notarialnego.

Dom w środku miał kilka izb. W jednej z nich w długie jesienne wieczory Brat nawlekał różańce. Była tam też izba z oknem wychodzącym na ogród. Było także pomieszczenie kuchenne, gdzie stał piec kaflowy, połączony z kuchnią. Była też łazienka. Były tam całkiem odmienne warunki, niż w gliniance, obok pustelni. Jak poznałem Brata w 2005 roku, to był już 74 letni człowiek, którego życie nie oszczędzało, ale i on sam też nie szukał wygód. Jako pokutnik żył bardzo skromnie, choć jedzenia u niego nie brakowało, bo okoliczni mieszkańcy przychodzili do niego. Przynosili mu rożne rzeczy, a to do jedzenia, a to do ubrania. Były to z reguły artykuły spożywcze, jak pieczony chleb, jaja od własnych kur. Kiedy przerobili świniaka, to przynosili z niego wyroby, takie jak, salceson, kiełbasę. Brat z reguły starał się nie jeść mięsa, bardziej pił przynoszone mleko, jadł sery, masło, a  wyroby wędliniarskie zostawiał dla gości. Będąc u niego nigdy nie czułem głodu. Przychodziło do niego wiele osób ze swoimi problemami i z prośbą o modlitwę. Nigdy nikomu nie odmawiał pomocy. Modlił się gorliwie w intencjach o jakie go proszono. Ale zgodnie z regułą pustelniczego życia, był czas, kiedy nie przyjmował nikogo. Wielki Post i Adwent to czas wyłącznie przeznaczony dla niego. Wielki Post był prawdziwym postem o suchym chlebie i czystej wodzie, bez żadnych innych posiłków. Mój brat stryjeczny jest piekarzem. Poprosiłem go o suchary dla Brata. Piotrek, bo tak mu jest na imię, nie sprzedane chałki z piekarni kroił i suszył na piecu. Takie to suchary przywoziłem Bratu na czas Adwentu. Wiem, że Brat z początku naszej znajomości nie ufał mnie, bo co może być dobrego z Warszawy, grzesznego miasta. Jednak ja starałem się tego nie zauważać i robiłem wszystko, aby pozyskać jego zaufanie. Myślę, że to mnie się udało ponieważ Bóg postawił na mojej drodze takiego człowieka, który miał mi pokazać na czym polega prawdziwa Wiara. Wróćmy jednak do dalszej naszej wspólnej pracy przy drewnie i workach z trocinami. Po skończonej pracy poszliśmy na obiad a na deser było ciasto krótka rozmowa o dniu i szykowanie się do powrotu do Warszawy. Podczas rozmowy ustaliliśmy, że jeżeli będzie coś potrzeba, to Brat będzie do mnie dzwonił od pani Bogusi. Wyjeżdżałem od Brata bardzo szczęśliwy że mogłem mu pomóc i że nasza znajomość rozwija się w dobrym kierunku, w kierunku Bożego błogosławieństwa.

 

V CZĘŚĆ

Po spakowaniu się i pożegnaniu z błogosławieństwem Brata pojechałem do domu. Tam nie próżnowałem, ponieważ w grudniu pojechałem do Górki na spotkanie opłatkowe ADS. Jechałem także po to, aby wyjaśnić sprawę związaną z moją grupą modlitewną. Spotkałem się tam z panią Zosią i opowiedziałem jej o moich problemach, że członkowie mojej grupy nie mają czasu żeby się spotykać, że  na Msze intencyjne, które jako zelator nie tylko zamawiałem, ale i składałem ofiarę, że na te Msze przychodziły dwie osoby, ja i jeszcze jedna z członkiń. Były sytuacje, że byłem też sam. Pozostali podobno nie mieli czasu albo mieli odwiedziny rodziny i nie mogli przyjść do kościoła. Zosia doradziła, aby pójść do sekretariatu i porozmawiać z Jadzią oraz Ks. Dyrektorem ADS. Tak też zrobiłem Podczas tej rozmowy ustaliłem, że zawieszam swoje zelatorstwo. I tak się stało. Podczas tej rozmowy dowiedziałem się, że będzie budowana Kaplica ADS w podziemiach góreckiego kościoła. Te podziemia pokazał mi wcześniej Braciszek Roman, wieloletni świecki wolontariusz, związany Górką Klasztorną. Można śmiało powiedzieć, naczelny kucharz Górki Klasztornej. Bratu Romanowi wiele zawdzięczam, ponieważ zawsze jak byłem w Górce Klasztornej, szykował dla mnie smakowite dania. Potrafił zrobić fantastyczne rzeczy z posiłków, które zostały z poprzedniego dnia, aby nic się nie zmarnowało. Wówczas też ustaliliśmy z panią Jadzią i z panią Zosią, że porozmawiam z Bratem Bogumiłem w ważnej sprawie. Zapytam Brata, której ze stacji drogi krzyżowej chciałby być ofiarodawcą. Wiadomo, że Brat nie posługuje się pieniędzmi, a więc nas troje w imieniu Brata sfinansujemy tą stację. Brat wybrał 12 stację drogi Krzyżowej, a my razem z Zosią wpłaciliśmy na konto pieniądze. Podczas rozmowy z Bratem dowiedziałem się że w kwietniu 2008 roku Brat leci do Ziemi Świętej z Ks. Bogusławem i jego rodzicami. Poprosił mnie, czy po pielgrzymce mógłbym odebrać go z lotniska Okęcie. I ,tak też się stało, odebrałem Brata i poprosiłem, aby nas odwiedził. Przyjechaliśmy do mojego mieszkania bo mieszkam w bloku. Moja żona Mieczysława była przeszczęśliwa, że może gościć Pustelnika w naszych skromnych progach. Podała posiłek i długo rozmawialiśmy z Bratem. Brat Bogumił ofiarował mojej żonie, co dopiero przywiezioną z Jerozolimy figurkę Matki Bożej. Ta figurka stoi w naszym pokoju i często wspominamy ten dzień odwiedzin Brata Pustelnika w naszym rodzinnym domu. W między czasie była rozmowa telefoniczna pani Zosi, czy Brat nie mógł by odwiedzić Trzcianki, na co brat wyraził zgodę. Następnego dnia po nabożeństwie i śniadaniu spakowaliśmy się z Bratem na daleką podróż z Warszawy. Pojechaliśmy na naszą działkę, bo chciałem pokazać Bratu, jaką zbudowałem kapliczkę MB Niepokalanej. Kapliczka stanowi wotum wdzięczności za okazane mnie i całej naszej rodzinie łaski. Kapliczka bardzo się Bratu spodobała. Stamtąd ruszyliśmy w 450 kilometrową podróż do Trzcianki. Podczas tej podróży odmawialiśmy różaniec i Brat opowiadał także o swoich przeżyciach, kiedy chodził po Polsce w swoim worze pokutnym. Było wiele różnych zdarzeń, takich jak, wyzwiska, pobicia, podpalanie brody, areszty na komisariatach przez milicyjnych funkcjonariuszy. Ale, jak wspominał Brat, były też i przyjemne zdarzenia. Na przykład podanie adresu na nocleg do księdza przez komendanta posterunku milicji. Dotarliśmy pod wieczór do Trzcianki, gdzie pani Zosia załatwiła nam zakwaterowanie na plebanii. Tam zjedliśmy kolację i mogliśmy pójść spokojnie na spoczynek. Następny dzień był bardzo pracowity. Poranna Msza święta, śniadanie w refektarzu na plebani, spotkanie z panią Zofią i jej podopiecznymi w kaplicy szpitala w Trzciance. Msza w tej że kaplicy, obiad u pani Zofii oraz spotkanie Brata z Ks. Kapelanem szpitalnym i zastępczynią pani Zofii, zelatorką ADS, panią Alą. Po spotkaniu poszliśmy na plebanię na odpoczynek. Dzień następny, to po śniadaniu wizyta Brata u dzieci w szkole katolickiej, gdzie dzieci i dyrektor szkoły przywitali Brata kwiatami. Były występy dzieci i rozmowy Brata z nimi oraz nauczycielami, a także z rodzicami. Brat rozdawał różance, które były poświęcone w Ziemi Świętej. Panie nauczycielki dostały piękne torby z Jerozolimy. Po tym wszystkim wspólny obiad i odpoczynek do godziny 17,00 tj. do Mszy świętej w kościele parafialnym. Na Mszy św. była masa ludzi. Msza św. trwała prawie trzy godziny, bo po niej Brat opowiadał o Ziemi Świętej. Wszyscy siedzieli z zapartym tchem wsłuchani w opowiadanie Brata.  Zarazem ta Msza święta zakończyła wizytę Brata w Trzciance. Następnym dniem był wtorek, kiedy to po Mszy świętej i śniadaniu  pojechaliśmy do Torunia, do rodziny Brata. Spędziliśmy tam cały dzień, a następnego ranka pojechaliśmy do Lichenia, gdzie byliśmy na Mszy świętej. Z Lichenia pojechaliśmy do Kazimierza Biskupiego, do Seminarium Misjonarzy Świętej Rodziny. Tam czekał na nas Ks. Bogusław. Byliśmy tam chyba ze dwie godziny, po czym Ks. Bogusław wsadził Brata do swojego samochodu i prosił żebym jechał za nim. Z początku jechaliśmy drogą asfaltową, ale później skręciliśmy w las, jechaliśmy tak może parę kilometrów, tak mi się wydawało, bo droga była taka jak na poligonie wojskowym. W pewnym momencie ujrzałem piękną polanę i jeszcze piękniejszy klasztor Kamedulski było to w miejscowości Bieniszew. Dzięki Ks. Bogusiowi mogliśmy wejść do środka furtę klasztorną otworzył nam Brat Kameduła Furtian niczym z wyglądu twarzy nie różnił się od Brata Bogumiła, długa siwa broda i pocerowany habit. Poznał Brata Bogumiła i zaprosił nas do środka. Tam dopiero zobaczyłem surowość reguły kamedulskiej. Samo wnętrze kościoła nie przypominało kościołów parafialnych. Nie ma tylu złoceń, tyle światła. Przepraszam, że tak napiszę, ale bardziej przypominał kaplice pogrzebową.  Nawy boczne dopiero pokazały inne światło, piękne obrazy i dużo światła. Przeszliśmy później do podziemi, gdzie są krypty z pochowanymi kamedułami. Wygląda to zupełnie inaczej jak w podziemiach, gdzie trumny stoją w pojedynczych grobowcach. Tu jest ściana z otworami w które się wsuwa zwłoki a później zostają zamurowywane. Na miejscu zamurowania jest napis z przybranym imieniem zakonnika, ile lat żył, ile lat był w zakonie i kiedy umarł wszystko po łacinie. Z Bieniszewa ksiądz Bogusław zabrał Brata z sobą, a ja wróciłem do Warszawy.

Około czerwca Brat zadzwonił do mnie, czy mógł bym przyjechać do miejscowości Żminne na Lubelszczyźnie, abym pomógł w budowie pustelni którą to obiecał postawić mu siostrzeniec ze Stanów Zjednoczonych, Józik a po naszemu Józef. Zgodziłem się i pojechałem do Żminnego. Czkał tam na mnie Brat Bogumił wraz z Józkiem i wzięliśmy się do roboty. Wiedziałem, że będzie to ciężka praca, dlatego wziąłem z sobą najlepszy swój szpadel i zaczęliśmy kopać dół który miał mieć wymiary 4x4x3 metra. Z początku szło dosyć lekko, chociaż każdą załadowaną taczkę trzeba było odwozić ze 100 metrów. Pierwszego dnia bardziej się umęczyłem tymi taczkami jak kopaniem. Następny dzień już pokazał jak praca będzie wyglądała, dalej pokazała się twarda glina, momentami była tak twarda, że trzeba było stawać na szpadel aby coś ukopać. Do tego jeszcze te taczki, każdy urobek wywieźć. Rano żeśmy wstawali, ubierali się i jechali 12 km do kościoła do Parczewia. Później powrót, śniadanie i kopanie.  W między czasie o godz. 12,00 Anioł Pański, o godz. 14.30 obiad i Koronka do Miłosierdzia Bożego. Czerwcowy dzień długi, więc pracowaliśmy do samego wieczora, a przy tej pracy wyżywienie mieliśmy super. Józek ze Stanów przywiózł wyroby wędliniarskie, które były produkowane w jego prywatnej firmie. Smakowo, to tak jak kiedyś szynka, to szynka, baleron, to polędwica, to polędwica, a nie tak jak dziś, jak byś zamknął oczy, to byś nie wiedział co jesz. Kopanie trwało od poniedziałku do soboty, kiedy skończyliśmy wykop. Dalsza praca, to robota Józka. Ja wieczorem pojechałem do domu a Józek od poniedziałku miał murować piwnicę. Pod koniec sierpnia Brat zadzwonił do mnie, czy mógłbym przyjechać i pomóc kopać przy przeciągnięciu kabla prądowego i przewodu wodnego. Zaraz wsiadłem w samochód i przyjechałem do nich.

 

VI CZĘŚĆ

Podróż do Żminnego tym razem trwała trochę krócej. Za pierwszym razem trochę błądziłem, ale i tak było to dwie i pół godziny, bo odległość od mojego domu to prawie 150 km. Dzięki Bogu dotarłem na miejsce. Moim oczom ukazała się piękna budowla. Pustelnia Brata Bogumiła, to budynek z cegły z połyskiem specjalnie wypalanej. Pokryty pięknym blaszanym dachem. Nic, tylko stać i podziwiać, ile pracy włożył Józek. Wymiary budynku, to 4m długości 3 m szerokości i część naziemna to 3 m wysokości. Są tam dwa pomieszczenia pierwsze to sień taki przedpokój który jest oddzielony drzwiami od pokoju w którym na wprost drzwi jest mały ołtarzyk z zabytkowym krucyfiksem po prawej stronie stoi stolik, obok niego jest zejście do piwnicy, po lewej zaś jest składane, drewniane łóżko. Całość zaś jest przystrojona trzema obrazami: dwa Maryjne. Jeden Matkę Bożą Bolesną siedząca na kamieniu i trzymającą na kolanach koronę cierniową, a w środku korony są gwoździe, którymi był przybity do krzyża Pan Jezus. Ten obraz zawieszony jest przy krucyfiksie na wprost wejścia. Drugi obraz, to Niepokalane Serce Maryi w kwiatach. Wisi po lewej stronie nad stolikiem na wprost okna, które to znajduje się nad łóżkiem. Trzecim obrazem jest wizerunek Boga Ojca. Wisi on u wejścia do pokoju nad drzwiami. Tak wygląda pustelnia obecnie w środku. Wtedy jeszcze nie była całkowicie  wykończona w środku. Przywitałem się oczywiście z gospodarzami na których to terenie stoi pustelnia z Bratem Bogumiłem i oczywiście z zapracowanym Józiem. Po krótkiej rozmowie przebrałem się i wziąłem się do pracy, czyli kopania rowu o głębokości około 70 cm i szerokości 50 cm w długości coś ponad 100m. Szło to o wiele lepiej niż wtedy, gdy robiłem wykop pod pustelnię. Teraz nie były potrzebne taczki, gdyż  ziemia szła na bok, a i nie było w  niej za dużo gliny. Po około 3 godzinach pracy przerwa na obiad, ugotowany przez właścicielkę terenu na którym stała pustelnia. Podczas posiłku rozmowa dotyczyła szybkiego zakończenia budowy. Problem był w tym, że Józek musiał wracać do Stanów, a był tu już prawie trzy miesiące. Po zakończonym posiłku Koronka do Miłosierdzia Bożego i dalsze kopanie, Józek, krewny Brata Bogumiła, kończył swoją pracę na budowie. Przebywałem tam trzy dni. Wtedy został położony kabel i oddzielny przewód wodny i oczywiście wszystko zostało zasypane ziemią.

Trzeciego dnia pożegnałem się z domownikami, z Józkiem i oczywiście Bratem, który mnie pobłogosławił na drogę. Co do zapłaty, to „zaplata w Dolinie Jozafata.” Nie wiem czy już wspominałem, ale zawsze po wykonanej pracy na rzecz Brata zawsze było to samo powiedzenie. Ponieważ Brat nie posługiwał się całe życie żadnymi środkami finansowymi, ja wiedziałem o co się rozchodzi i zawsze przyjmowałem to z uśmiechem na ustach. Nie wiem czy wszyscy wiedzą co to „Dolina Jozafata.”  Otóż jest to miejsce pochówku  czyli cmentarz. Brat tym samym chciał powiedzieć ze zaplata po śmierci. I tak to rozstaliśmy się z Bratem.

Jest rok 2009. Rozmawiam z moi kolegą Mirkiem. Mówię, że znam Pustelnika z Ojcowskiego Parku Narodowego. Bardzo go zaciekawiła ta informacja. Spytał mnie, czy moglibyśmy Brata odwiedzić. Odpowiedziałem, czemu nie. Telefon do Brata i rozmowa z Bratem, że mam kolegę bardzo zagubionego w swoim życiu, że jest nałogowym alkoholikiem, bardzo prostym i dobrym człowiekiem, tylko przez ten nałóg zgubiony. Brat wyraził zgodę tylko pod dwoma warunkami. Pierwszy, aby było to po Wielkanocy, a drugi, aby był trzeźwy. Przekazałem to Mirkowi, powiedział że będzie wszystko dobrze.

Zaraz po świętach Wielkiej Nocy pojechaliśmy do Brata do Białego Kościoła. I tak jak zawsze. Powitanie, rozmowa, jazda samochodem do pustelni. Tam na dole Mirkowi bardzo się podobało, ale przykuło uwagę jego ogrodzenie, a że był budowlańcem, zaczęliśmy rozmawiać, jak by można to poprawić. Na tym się rozmowa skończyła. Brat pokazał mu pustelnię, gliniankę po czym wróciliśmy do Białego Kościoła. Brat zaprowadził nas do murowanego domu, poczęstował posiłkiem i powiedział, że teraz idzie do siebie. Rano się spotykamy i pojedziemy do Kalwarii Zebrzydowskiej, a po odprawieniu Drogi Krzyżowej do Miłosierdzia Bożego do Łagiewnik. I tak też się stało. Po zakończeniu Drogi Krzyżowej Brat długo rozmawiał z Mirkiem w Łagiewnikach. Wróciliśmy do Białego Kościoła wieczorem na kolację i spoczynek. Po porannym posiłku rozmowa z Bratem i pożegnanie, bo musimy wracać do domu. Brat ofiarował Mirkowi kilka różańcy i prosił, aby odmawiał różaniec, chociaż jedną dziesiątkę dziennie. Ja też dostałem kilka różańcy i tak uzbrojeni przez Brata pojechaliśmy. Podczas podróży rozmawialiśmy na temat Brata i ogrodzenia pustelni. Ustaliliśmy, że ja mam załatwić transport, a Mirek załatwi materiał, aby jak najprędzej naprawić płot. W przeciągu kilku dni część materiału była gotowa i zawieźliśmy Bratu pierwszy transport, pełną przyczepę gotowych sztachet. Następny transport odbył się nie pamiętam kiedy, ale było to chyba drugiego dnia Misji Świętych w maju Misje te prowadził Ks. Bogusław MSF.

Wciągu trzech dni udało nam się wymienić całe ogrodzenie pustelni oraz drogę do niej, tak że jeszcze dwa dni mogliśmy być na mszach Misyjnych. Wielce usatysfakcjonowani, że zrobiliśmy kawał dobrej roboty i jeszcze zostawili około100 sztachet na ewentualne naprawy wróciliśmy do domu.

 

VII CZĘŚĆ

Miałem też drugiego kolegę, alkoholika, artystę malarza, wspaniałego wrażliwego człowieka. Malował piękne obrazy. Pewnie dla tego, że był bardzo wrażliwym człowiekiem został osobą bezdomną, ale potrafił się dzielić z innymi tym, co miał. Mieszkał w sklepie meblowym, w pomieszczeniu magazynowym. Nigdy nie myślałem, że tak zdolni ludzie mogą tak żyć, ale przejdźmy do sedna sprawy. Zbyszka poznałem miej więcej w tym samym okresie, co Brata Bogumiła. Często rozmawialiśmy ze Zbyszkiem o Bracie. Któregoś razu nie pamiętam dokładnie w którym to było roku czy 2006, czy 2007 zaproponowałem mu, że zabiorę go z sobą w fajną podróż. Była noc, godzina 0,30. Podjechałem pod sklep meblowy po wcześniejszym umówieniu i zabrałem go z sobą w podróż, która trwała około 4 godzin. Gdy stanęliśmy na parkingu pod murami Jasnej Góry i trochę żeśmy odpoczęli, o godzina 5,30 udaliśmy się do kaplicy Cudownego Obrazu. Zbyszek z początku nie wiedział, gdzie jest, bo nigdy tu nie był, a ja nie chciałem też zdradzać wszystkich tajemnic

Byliśmy na porannej mszy z odsłonięciem obrazu. Po mszy zaczął oglądać wszystkie obrazy, które wiszą i te, które są namalowane na ścianach. Jako artysta bardzo go to interesowało. Gdy opuściliśmy Jasną Górę, powiedziałem mu, że jedziemy do Górki Klasztornej do Matki Bożej Góreckiej. Wizerunek Matki znał bo wcześniej poprosiłem go o namalowanie dla mnie obrazu z wizerunkiem Królowej Krajny, taki jaki jest w ołtarzu głównym. Namalowanie obrazu zajęło mu 4 miesiące, bo robił to starą techniką. Płótno pokrył klejem zwierzęcym, podgrzanym z terpentyną, które to zrobiło się tak sztywne jak blach i dopiero nakładał farby.

Podróż trwała kilka godzin więc żeśmy sobie porozmawiali o Jasnej Górze. Wtedy to dowiedziałem się, że nigdy tu nie był. Urodził się w warszawie na Pradze na ul. Brzeskiej. Najgorsza, niebezpieczna ulica w tamtych czasach po prawej stronie Wisły. Znał  tylko praktycznie dwa kościoły które były w pobliżu. Bazylikę i kościół na ul. Skaryszewskiej pod wezwaniem Chrystusa Króla w którym to był ochrzczony. Opowiadał jak chodził do tego kościoła i wpatrywał się w obraz w ołtarzu głównym, a jest to obraz Chrystusa Króla Wszechświata, namalowany przez malarza o nazwisku Styka. Podobno na obrazie jakiś czas nie były namalowane oczy ze względu na okupanta niemieckiego. Rozchodziło się o kolor. Malarz chciał namalować oczy niebieskie, ale żeby nie rozwścieczyć Niemców, bo to kolor aryjski, nie malował. I tak wieczorem żeśmy dotarli do Górki. Nocleg był już z góry załatwiony. Tam na miejscu wreszcie zobaczył oryginał obrazu. Bardzo spodobał mu się klasztor i Gaj dębowy. Powiedział, że może tu zostać na stałe. On to właśnie za moją namową namalował obrazy do pustelni w Żminnym. Wiele innych jego obrazów Maryjnych znajduje się np. u Ks. Karola na Opolszczyźnie, w Świdrze u Misjonarzy Świętej Rodziny i w wielu innych miejscach. Malując te obrazy przynajmniej nie sięgał po alkohol. Myślę że za tą dobroć, którą przelał na płótno, Pan wybaczy mu jego winy. Bo od trzech lat jak piszę to świadectwo, Zbyszek nie żyje. Świeć Panie nad jego duszą.

No ale wróćmy do dalszej części świadectwa. We  wrześniu odbywały się rekolekcje ADS, więc stwierdziłem, że trzeba na nie zabrać Mirka, aby odciągnąć go od kumpli i od kieliszka. Na samym początku września pojechaliśmy do Gorki na rekolekcje, które trwały około tygodnia. Mirek poznał nowe otoczenie, zapoznał wspaniałych ludzi, poznał panią Zosię. Jednak diabeł nie dawał za wygraną i nie byliśmy na całych rekolekcjach nie wiem  skąd i gdzie napił się alkoholu i trzeba było wracać do domu. Dosłownie minęło dwa tygodnie i mam telefon od Brata. „Jestem w Żminnym, czy mógłbyś przyjechać z przyczepą i przetransportować mnie do Białego Kościoła?” Odpowiedziałem, że będę, i umówiliśmy się, że przyjadę 8 października. Tak też zrobiłem. Przyjechałem wcześnie rano, ale tak, aby Brat był po Mszy Świętej. Spakowaliśmy wszystko, kilka walizek. Na przyczepę wsadziliśmy jakąś obrabiarkę do drewna i kilka większych rzeczy. Zdążyłem jeszcze obejrzeć pustelnię, bo  w międzyczasie był Józek ze Stanów i dokończył w środku, wyłożył płytami, karton gips zaszpachlował i pomalował. Zostały też powieszone obrazy o których pisałem. Pożegnaliśmy gospodarzy i pojechaliśmy  do Białego Kościoła ale całkiem inną drogą.

Brat chciał mi pokazać miejsce, gdzie się urodził i kościół w którym został ochrzczony. Wstąpiliśmy pierw do Lubartowa, do pani Ewy, która to nawlekała Bratu różance czterotajemnicowe. Pobyliśmy tam z godzinę i ruszyliśmy dalej w kierunku na Lublin i  Tarnobrzeg, aż dotarliśmy do wsi Otałęż. Podjechaliśmy do miejsca, gdzie stał dom w którym mieszkała rodzina Brata i gdzie się urodził. Teraz na tym miejscu rosną potężne krzaki, wśród których leżą kawałki cegieł po kominie. Dom był drewniany i został zniszczony podczas II Wojny Światowej. Następnie podjechaliśmy kawałek dalej, gdzie na miejscu starego zniszczonego przez okupanta kościoła, stoi odbudowany  pod koniec lat czterdziestych, nowy kościół. W starym kościele Brat Bogumił Marian Adamczyk był ochrzczony. Jest to kościół pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Weszliśmy do środka kościoła, aby się pomodlić. Spotkaliśmy proboszcza z którym Brat chwilę porozmawiał, a potem pochylił się nad chrzcielnicą i się w ciszy modlił. Po wyjściu z kościoła, wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w dalszą drogę. Jechaliśmy, odmawiając różaniec, jadąc rozmawialiśmy i odmawialiśmy tajemnice różańcowe. Nie wiadomo kiedy dotarliśmy do Białego Kościoła. Dzień następny to 9-października, dzień urodzin Brata. Po porannej Mszy świętej i wizycie u Ks. Mariana, proboszcza, który to zaprosił nas na śniadanie. Po wizycie na plebanii pojechaliśmy na cmentarz, aby zapalić świeczkę na grobie śp. Mamy Brata. I pojechaliśmy jeszcze do Łagiewnik do kaplicy adoracji Przenajświętszego Sakramentu. Około południa wróciliśmy do Białego Kościoła. Po posiłku spakowałem się i pożegnałem Brata. Zostałem prze Brata pobłogosławiony. Ponownie ofiarował mi Brat kilka różańcy, które sam nawlekał. I tak stałem się istną „skarbnicą różańcy” robionych i nawlekanych przez Pustelnika. Jednak chętnych na te różance było wielu, gdyż modlitwa na nich sprawiała cuda nawrócenia i łaski: np. ustępowanie bólów w przewlekłych nieuleczalnych chorobach, co słyszałem od ludzi, którzy, gdy tylko wróciłem od Brata pytli  „czy przypadkiem nie przywiozłem różańcy od Pustelnika?”

 

VIII CZĘŚĆ

Nie wspominałem jeszcze o pani Mazurkowej (Lidii, chyba tak miała na imię), bo cały czas  była pani Mazurkowa. Zapoznałem ją u Brata. Była to starsza pani, bardzo bogobojna kobieta. Pochodziła ze Śląska, przyjeżdżała do Brata ostatnio zawsze z Ks. Janem, przyjacielem Brata. Mieszkała w murowanym budynku i gotowała Bratu posiłki wtedy kiedy był on bardzo zajęty pracą przy toczeniu paciorków różańcowych w swoim warsztacie lub jakimiś pracami związanymi z pustelnią. Przy okazji i ja będąc u Brata korzystałem z posiłków pani Lidii, a były to z reguły potrawy śląskie, niektóre takie, jakich jeszcze nie jadłem. Od pani Lidii dowiedziałem się, że w gliniance obok pustelni były prowadzone nauki rekolekcyjne Oazowe. Organizował je Ks. Jan przywożąc młodzież do Brata, a pani Lidia wtedy przyjeżdżała ze swoim mężem i dziećmi i szykowała posiłki dla oazowej młodzieży. Do tej pory w gliniance są naczynia z tamtych czasów, aluminiowe sztućce, porcelanowa talerze i kubki, a także wiele innych rzeczy, jak garnki, chochle do nakładania zupy itp. Podobno wtedy tętniło tam życiem i było bardzo wesoło. Pani Lidia ze swoją rodziną spała w przybudówce. Był tam pokoik z dwoma łóżkami. Młodzież spała na materacach w gliniance, a Brat z Ks. Janem spali wtedy w pustelni. Podobno Ks. Jan spał czasami w trumnie Brata, a ta była strasznie niewygodna. O tym że spal w trumnie, dowiedziałem się osobiście od Ks. Jana,  bo czasami przyjeżdżał do Brata, jak ja byłem i opowiadał o tamtych czasach. W maju 2011r. przyjechałem do Brata na jego prośbę, aby mu pomóc na dole w Ojcowskim Parku, uporządkować teren obok glinianki i pustelni, bo wiatr nałamał i na wywracał parę drzew. Wziąłem ze sobą przyczepę i pojechałem do Brata. Widok obok glinianki był straszny. Kupa gałęzi cieńszych i grubszych, wywalone drzewo z korzeniami przy gliniance. Wzięliśmy się do pracy żeby to uprzątnąć. Brat wziął z sobą piłę elektryczną, łańcuchową, którą to zostawił mu Józek po budowie pustelni w Żminnym. Przeciągnęliśmy kabel prądowy z glinianki i bez większego hałasu cięliśmy na mniejsze kawałki gałęzie i układaliśmy na przyczepie. Trochę się przy tym napociliśmy, bo drewno trzeba było spory kawałek nosić, aż do przyczepy. Po załadowaniu woziliśmy drewno do Białego Kościoła. Były tego ze trzy kursy. Ten dzień był tak pracowity, że nie myśleliśmy o posiłku. Następnego dnia Brat pokazał, jak z przywiezionych przeze mnie dech z gruszki robi się paciorki do różańcy. Była to bardzo żmudna i ciężka praca. Ale efekt tej pracy zapierał dech w piersiach. Przyglądałem się temu uważnie i zobaczyłem na własne oczy, ile to trzeba włożyć wysiłku, aby powstał paciorek różańcowy. Brat dziennie potrafił zrobić tych paciorków kilka setek zależało wszystko czy miał przegotowane, pocięte deski na kwadratowe patyki o wymiarach 1cm na 1cm i długości około 80 cm. Część takich patyków przygotowywał mu śp. pan Marcin Litewka w swojej stolarni, jeśli tylko miał trochę czasu. I tak minął następny dzień pobytu u Brata. Rano po Mszy św. i śniadaniu, Brat zaczął opowiadać o Ziemi Świętej. Mówił o czasie, gdy tam przebywał, a dokładnie, jak tam się pierwszy raz dostał. Opowiadał z jakimi trudnościami musiał się zmierzyć przy wyjeździe z Włoch, gdzie dostał się przez uprzejmość dobrych ludzi .Jak przebywał tam w klasztorze Trapistów, który stał na podmokłym terenie. Jak nabawił się tam malarii i jak trafił do szpitala. Tego samego dnia, co wypisywali z niego Jana Pawła II Brat trafił na oddział szpitalny, można powiedzieć że „mijali się w drzwiach”. Opowiadał, jak przeor Trapistów zapłacił za pobyt Brata w szpitalu. I jak wreszcie trafił do Jerozolimy do domu Polskiego.

Po tych opowieściach powiedziałem Bratu, że będę się zbierał do domu. Brat na chwilę wyszedł i po paru minutach wrócił, przynosząc w ręku piękny drewniany krzyż z drewnianą pasyjką. Powiedział do mnie „Bracie Marku, ofiaruję ci ten stary odnowiony krucyfiks. Pamiętaj tylko, aby wisiał w godnym miejscu.” Powiedział, że jeszcze będzie coś dla mnie miał, ale nie w tej chwili. Pobłogoslawił mnie na drogę i tak się rozstaliśmy

Cała drogę myślałem, gdzie w domu powieszę ten krucyfiks Jak dotarłem do domu i pokazałem żonie, co od Brata dostałem, od razu miejsce godne się znalazło. Tam wisi do dnia dzisiejszego, a my codziennie klękamy przed nim i odmawiamy koronkę do Miłosierdzia Bożego.

We wrześniu spotkałem się z Bratem w Białym Kościele przyjechałem do niego po wcześniejszej rozmowie telefonicznej, gdyż w między czasie Brat przebywał w Żminnym, w pustelni którą wybudował Józek. Przyjechał po niego Ks. Janusz syn właścicieli posesji na której stoi pustelnia  i na początku września przywiózł Brata z powrotem do Białego Kościoła. Mój przyjazd wypadł w przed dzień święta Podwyższenia Krzyża Świętego, toteż następnego dnia pojechaliśmy do Opactwa Cystersów, gdzie są relikwie Krzyża Świętego, a znajduje się to Opactwo w Dzielnicy Krakowa o nazwie Mogiła. Byliśmy tam na Mszy świętej z pięknym kazaniem. Znajduje się tam Krucyfiks, gdzie podobno Panu Jezusowi odrastają włosy i co ileś lat podcinają je. Z Mogiły pojechaliśmy na cmentarz aby zapalić świeczkę na grobie mamy Brata i zobaczyć jak wygląda grób rodziców Jana Pawła II. Jest dosłownie po drugiej stronie ulicy. Jak żeśmy wrócili, Brat poprosił mnie bym przy okazji zawiózł do Górki Klasztornej dwa pełne worki różańców czterotajemnicowych, bo prosił o nie Ks. Antoni, Dyrektor ADS. Jeszcze chwilę porozmawialiśmy i Brat poszedł do siebie, a ja zostałem w murowanym domu. Rano po Mszy i śniadaniu przyniósł Brat potężny różaniec trzy tajemnicowy, wedle starej reguły, cały zrobiony z przywiezionej przeze mnie gruszki i ofiarował go mnie. Wcześniej prosiłem o taki Brata do odmawiania Nowenny Pompejańskiej, ale nie myślałem że będzie zrobiony z gruszki  .Byłem prze szczęśliwy, aż pocałowałem Brata w rękę za coś tak pięknego, że te ręce to zrobiły dla mnie. Zapakowałem worki i bez namysłu chciałem już ruszyć w drogę, ale dostałem od Brata ostrzeżenie „pamiętaj wieziesz potężna broń na diabła uważaj.”  Słowa Brata były prorocze. Kiedykolwiek wracałem od Brata, to starałem się jak to tylko było możliwe, wracać przez Częstochowę. I tym razem tak zrobiłem, bo do Górki od Brata najlepiej jechało się właśnie przez Częstochowę. Pojechałem drogą na Olkusz z Olkusza na Zawiercie Myszków i nie wiem co się stało, że pomyliłem drogę na Poraj i Częstochowę. Odcinek 130 kilometrowy stał się bez mała odcinkiem 180 kilometrowym. Wtedy to zrozumiałem, co wiozę i dlaczego mam bardzo uważać. W Częstochowie, tradycyjnie, wstąpiłem na moment na Jasną Górę, pokłonić się Matce Bożej. Następnie ruszyłem w dalszą drogę z różańcem w ręku. Do celu dotarłem już o zmroku. Było późno, ale drzwi Klasztoru w Górce Klasztornej były jeszcze otwarte. Oddałem różańce Ks. Antoniemu i następnego dnia po Mszy św. w Sanktuarium Matki Bożej Góreckiej wyjechałem do Warszawy. W Górce Klasztornej nie wstępowałem do nikogo, bo pani Jadzia już 3 lata jak umarła na raka, a i Brata Romana też tam nie było.